Lekcja 2

Viola

Wyobraź …

Wiolonczela

Wyobraź sobie, że możesz zagrać wszystko. Od suit Bacha, po koncerty Lutosławskiego i Pendereckiego. Grasz klasykę, ale równie dobrze metal albo rock. Wiesz, że potrafisz wydobyć dźwięk piękny, głęboki i czysty. Łagodne legato, albo szybkie, urywane spiccato.

A tymczasem dzień w dzień musisz powtarzać w kółko:

D D A A H H A G G Fis Fis E E D w różnych tempach i wariantach rytmicznych.

W dodatku nie masz pewności, że kiedykolwiek będzie lepiej, inaczej, że będziesz mogła pokazać pełnię swoich możliwości i że ktoś to doceni.

Wyobraź sobie to wszystko i postaw się na moim miejscu. Już nigdy nie zdziwisz się, że pękają mi struny.

E.B.

Co gram? Beethovena gram i Mozarta gram, a co!

Jest taka francuska dziecięca piosenka z XVIII wieku. Polskie słowa napisał do niej Karol Rostworowski, idzie to tak : „Wyszły w pole kurki trzy i gęsiego sobie szły”.

(Nie wiem dlaczego, ale zawsze wydawało mi się, że to były te trzy kurki, ci, znaczy się oni, rodzaj męski. Kurczaki. Ale w tekście są one. Kurki)

Pewnego razu Wolfgang Amadeusz Mozart wziął tę melodię i wykorzystał w wariacji : Zwölf Variationen „Ah vous dirai-je, Maman”

A ja gram ją w opracowaniu na wiolonczelę. Bardzo dobry utwór, pozwala dobrze wyćwiczyć pierwszą pozycję i podział smyczka. Myślę, że Violi też się podoba.

Pierwsza wariacja idzie tak:

DDDDD D, AAAAA A, HHHHHH H , AAAA A, GGGGG G, Fis Fis Fis Fis Fis Fis, EEEEE E, DDDDD D

Nie wiem dlaczego, ale łatwiej jest grać krótkimi pociągnięciami. Może dlatego, że łatwiej ukryć błędy? Dźwięk nie ma czasu, żeby się rozwinąć, unieść i odlecieć, więc słuchacz nie ma czasu usłyszeć, że nie odlatuje, tylko siedzi i skrzypi.

Jeśli ktoś ma odwagę i chęć to proszę bardzo, tak gram:

A to wersja The Piano Guys. Fortepian i trzy wiolonczele. Prosto i ładnie:

Jak to się zaczęło

Wszystko zaczęło się w pewien czwartek. Jechaliśmy samochodem, Pianista i ja. Padał deszcz, nad górami unosiła się mgła, a my milczeliśmy, słuchając muzyki . Nie spieszyło nam się.
Za niewielkim, położonym u stóp gór miasteczkiem minęliśmy przejazd kolejowy, a chwilę potem skręciliśmy w błotnistą, pełną dziur, poprzecinaną korzeniami drzew drogę.
Zwolniłam. Niebo przesłoniły gałęzie świerków. Ich gęsty parasol sprawiał, że deszcz tutaj nie docierał, ale zrobiło się ciemniej, a nisko nad ziemią snuła się mgła. Zatrzymałam się na małym, kamiennym mostku, pod którym woda, ściśnięta kamiennym obramowaniem, kotłowała się i pieniła. Pachniało żywicą, mokrą ziemią i grzybami, a “O Come, Come Emmanuel” The Piano Guys mieszało się z szumem spływających ze zboczy strumyków.

W miejscu takim jak to ta melodia nie była czymś obcym, nie była hałasem, ale częścią lasu, wody i nas samych.

-Szkoda, że nie umiem grać na wiolonczeli – powiedziałam, kiedy muzyka umilkła – moglibyśmy grać razem.
Pianista uśmiechnął się tylko  jak to ma w zwyczaju i sięgnął po papierosa.
Pojechaliśmy dalej, ale ta myśl wciąż nie dawała mi spokoju.
-Szkoda, że nie umiem grać na wieolonczeli, moglibyśmy grać razem, myślałam.
-A właściwie dlaczego nie? – powiedziałam do siebie i kiedy dojechałam do domu byłam już pewna.

Nauczę się grać.

***

„Jeżeli mówisz że możesz, to możesz, jeżeli mówisz, że nie możesz , to nie możesz, więc sobie wybierz”