Fanaberia, czy sens życia?

Fanaberia czy sens życia?
-No bo ta twoja wiolonczela to taka fanaberia. Nie musisz grać – usłyszałam niedawno od znajomego.

Fanaberia, kaprys, zachcianka, widzimisię. Coś niepotrzebnego. Są ważniejsze rzeczy. Trzeba płacić rachunki, kupować jedzenie i ubranie. Po to pracujemy, żeby zaspokoić te wszystkie życiowe potrzeby, swoje i, przede wszystkim, swojej rodziny. Dopiero na końcu, jeśli zostanie trochę czasu i pieniędzy, możemy zająć się swoim hobby. Oczywiście najlepiej takim, na którym można zarobić.
Też tak myślicie?

Według mnie jest odwrotnie. Praca powinna nam zapewniać byt, bo oczywiste jest, że musimy gdzieś mieszkać, coś jeść i w coś się ubrać. Powinna jednak też zostawiać nam czas i pieniądze na przyjemności, na robienie tego, na co mamy ochotę. Obojętnie, czy jest to gra na instrumencie, taniec, podróże, czytanie, czy picie piwa przed telewizorem.
Tymczasem większość ludzi pracuje coraz dłużej, coraz ciężej, za coraz mniejsze pieniądze.
Jest coś nienormalnego w świecie, w którym praca, nie ta wykonywana z pasji, ale z konieczności, staje się jedynym celem życia.
Jest coś nienormalnego w świecie, w którym jedna pensja i jedno miejsce pracy nie wystarcza, żeby przeżyć.
Jest coś bardzo nienormalnego w świecie, w którym ludzie wierzą, że wszystko, co robią dla siebie, a co nie przynosi zysku, to fanaberia.

Nie jest za późno.

Nigdy nie mów …

Nigdy nie mów „w moim wieku jest już za późno na…”

Nigdy nie jest za późno na marzenia i na spełnianie marzeń.

Nawet jeśli właśnie leżysz i umierasz, możesz marzyć o tym, co zrobisz tam, po drugiej stronie nieba.

Nazywam się Deshun Wang.
Urodziłem się i wychowałem w Shenyang, w Chinach.
Wielu ludzi zaczęło mnie zauważać po pokazie mody na wybiegu,
Niektórzy nazywają mnie „Najgorętszym Dziadkiem”.
Niektórzy mówią, że jestem sensacją Internetu.
Ale wiecie, żeby być gotowym na ten dzień,
przygotowywałem się przez 60 lat.
Kiedy miałem 24 lata, byłem aktorem w teatrze
W wieku 44 lat zacząłem się uczyć angielskiego.
W wieku 49 lat  założyłem swoją własną grupę pantomimy
i pojechałem do Pekinu, gdzie zostałem „Pekińskim Włóczęgą”.
Niczego nie zawdzięczałem nazwisku, wszystko zaczynałem od zera.
W wieku 50 lat, po raz pierwszy poszedłem na siłownię.
Zacząłem ćwiczyć.
W wieku 57 lat, wróciłem na scenę
i stworzyłem jedyną na świecie formę przekazu artystycznego,
 „Przedstawienie Żywych Rzeźb”
W wieku 70 lat zacząłem ćwiczyć na poważnie.
W wieku 79 lat, po raz pierwszy wystąpiłem na pokazie mody.
W tym roku kończę 80 lat i wciąż coś w sobie mam.
Wciąż mam marzenia do spełnienia.
Wierzcie mi, każdy potencjał można rozwinąć.
Kiedy myślisz, że jest już za późno,
uważaj, żeby to nie stało się wymówką dla poddania się.
Nikt nie może powstrzymać cię przed osiągnięciem sukcesu,
poza tobą samym.
Gdy nadchodzi czas, by świecić,
bądź najjaśniejszy.
Jestem Deshun Wang
Jestem najbardziej walecznym człowiekiem Wschodu.
tłumaczenie: Joanna Bojarska

Porzucony flet

Bruno Ferrero – opowiadania, bajki, rozważania

„Na polu leżał porzucony od dłuższego czasu Flet, na którym nikt już nie grał. Aż pewnego dnia przechodzący obok Osioł dmuchnął w niego z całej siły. Wyzwolił dźwięk piękniejszy niż jakikolwiek inny, który kiedykolwiek słyszał w swoim życiu. I nie tylko w swoim oślim życiu, ale również w życiu Fletu. Nie mogąc zrozumieć tego co się stało (obaj nie byli roztropni, a jedynie wierzyli w roztropność) oddalili się natychmiast od siebie, zawstydzeni tym, że wydarzyło się coś tak pięknego, najpiękniejszego w ich życiu.
A w naszym życiu? Ile porzuconych fletów, osłów? Czasami jakieś odkrycie, jakaś niespodzianka, jakaś iskra… I wszystko znowu się kończy. Wszystko dlatego, że brakuje nam odwagi.”

Nie każdy pomysł wart jest realizacji, nie każdy da się zrealizować, nie każdą okazję trzeba i da się wykorzystać. Nad każdą jednak warto na chwilę przystanąć, zastanowić się. Jeśli powstrzymuje nas tylko lęk, biorący się nie z rzeczywistości, ale z filmów, jakie nieustannie wyświetlamy w naszej głowie, warto ten lęk zignorować. Warto nie być Osłem i nie porzucać czarodziejskich Fletów – marzeń.

Jak to się zaczęło

Wszystko zaczęło się w pewien czwartek. Jechaliśmy samochodem, Pianista i ja. Padał deszcz, nad górami unosiła się mgła, a my milczeliśmy, słuchając muzyki . Nie spieszyło nam się.
Za niewielkim, położonym u stóp gór miasteczkiem minęliśmy przejazd kolejowy, a chwilę potem skręciliśmy w błotnistą, pełną dziur, poprzecinaną korzeniami drzew drogę.
Zwolniłam. Niebo przesłoniły gałęzie świerków. Ich gęsty parasol sprawiał, że deszcz tutaj nie docierał, ale zrobiło się ciemniej, a nisko nad ziemią snuła się mgła. Zatrzymałam się na małym, kamiennym mostku, pod którym woda, ściśnięta kamiennym obramowaniem, kotłowała się i pieniła. Pachniało żywicą, mokrą ziemią i grzybami, a “O Come, Come Emmanuel” The Piano Guys mieszało się z szumem spływających ze zboczy strumyków.

W miejscu takim jak to ta melodia nie była czymś obcym, nie była hałasem, ale częścią lasu, wody i nas samych.

-Szkoda, że nie umiem grać na wiolonczeli – powiedziałam, kiedy muzyka umilkła – moglibyśmy grać razem.
Pianista uśmiechnął się tylko  jak to ma w zwyczaju i sięgnął po papierosa.
Pojechaliśmy dalej, ale ta myśl wciąż nie dawała mi spokoju.
-Szkoda, że nie umiem grać na wieolonczeli, moglibyśmy grać razem, myślałam.
-A właściwie dlaczego nie? – powiedziałam do siebie i kiedy dojechałam do domu byłam już pewna.

Nauczę się grać.

***

„Jeżeli mówisz że możesz, to możesz, jeżeli mówisz, że nie możesz , to nie możesz, więc sobie wybierz”