Lekcja 2

Viola

Wyobraź …

Wiolonczela

Wyobraź sobie, że możesz zagrać wszystko. Od suit Bacha, po koncerty Lutosławskiego i Pendereckiego. Grasz klasykę, ale równie dobrze metal albo rock. Wiesz, że potrafisz wydobyć dźwięk piękny, głęboki i czysty. Łagodne legato, albo szybkie, urywane spiccato.

A tymczasem dzień w dzień musisz powtarzać w kółko:

D D A A H H A G G Fis Fis E E D w różnych tempach i wariantach rytmicznych.

W dodatku nie masz pewności, że kiedykolwiek będzie lepiej, inaczej, że będziesz mogła pokazać pełnię swoich możliwości i że ktoś to doceni.

Wyobraź sobie to wszystko i postaw się na moim miejscu. Już nigdy nie zdziwisz się, że pękają mi struny.

E.B.

Co gram? Beethovena gram i Mozarta gram, a co!

Jest taka francuska dziecięca piosenka z XVIII wieku. Polskie słowa napisał do niej Karol Rostworowski, idzie to tak : „Wyszły w pole kurki trzy i gęsiego sobie szły”.

(Nie wiem dlaczego, ale zawsze wydawało mi się, że to były te trzy kurki, ci, znaczy się oni, rodzaj męski. Kurczaki. Ale w tekście są one. Kurki)

Pewnego razu Wolfgang Amadeusz Mozart wziął tę melodię i wykorzystał w wariacji : Zwölf Variationen “Ah vous dirai-je, Maman”

A ja gram ją w opracowaniu na wiolonczelę. Bardzo dobry utwór, pozwala dobrze wyćwiczyć pierwszą pozycję i podział smyczka. Myślę, że Violi też się podoba.

Pierwsza wariacja idzie tak:

DDDDD D, AAAAA A, HHHHHH H , AAAA A, GGGGG G, Fis Fis Fis Fis Fis Fis, EEEEE E, DDDDD D

Nie wiem dlaczego, ale łatwiej jest grać krótkimi pociągnięciami. Może dlatego, że łatwiej ukryć błędy? Dźwięk nie ma czasu, żeby się rozwinąć, unieść i odlecieć, więc słuchacz nie ma czasu usłyszeć, że nie odlatuje, tylko siedzi i skrzypi.

Jeśli ktoś ma odwagę i chęć to proszę bardzo, tak gram:

A to wersja The Piano Guys. Fortepian i trzy wiolonczele. Prosto i ładnie:

Kocia muzyka

Że też mnie coś …

Że też mnie coś podkusiło…

Wczoraj pojechałam w góry odpocząć. Pięknie było, drzewa przyprószone śniegiem, mgła, cisza i spokój taki, jaki można znaleźć tylko w zimowym lesie. Chodziłam aż do zmierzchu, marznąc trochę w uszy, bo nie przewidziałam, że wprost z nizinnej jesieni wpadnę w górską zapowiedź zimy.

Kiedy wracałam, zobaczyłam przebiegającego przez drogę psa. Zawołałam do niego i wtedy usłyszałam głośnie i rozpaczliwe „miauuuu”. Podeszłam bliżej. W trawie siedziały dwa kociaki. Zmoknięte, zmarznięte i wystraszone. Odruchowo wzięłam je na ręce i przytuliłam, a one najwyraźniej uznały, że od tej chwili wszystko już będzie w porządku, bo przytuliły się do mnie i zaczęły mruczeć. Pies, zignorowawszy mnie całkiem, poszedł sobie w jakichś tylko sobie wiadomych psich sprawach, a ja stałam tam, z brudnymi jak nieszczęście zwierzakami w objęciach, zastanawiając się co robić. Uszy marzły mi coraz bardziej, więc w końcu postanowiłam wziąć je do samochodu.

-Jak włączę silnik, to pewnie uciekną – pomyślałam, zamykając drzwi. Nie uciekły, nie wystraszyły się nawet. Obeszły wszystko dookoła, a potem wlazły mi na kolana.

Zadzwoniłam do Najlepszego z Najlepszych mężów.

-Znajdź mi proszę telefon do weta, poprosiłam.

Ten cudowny człowiek, całkowicie zrównoważony i odporny na moje szaleństwa najpierw poszukał telefonu, a dopiero potem zapytał z pewną ostrożnością:

– Masz jakieś zwierzę?

– Mam. Nawet dwa. Koty. A może i psa, powiedziałam.

-A jaka to rasa?

-Nordycka psiakrew, odpowiedziałam, bo przyszedł mi na myśl niezapomniany kabaret Dudek.

Pojechałam do weta, który oczywiście kotów nie potrzebował, ale stwierdził, że maluchy są w zadziwiająco dobrym stanie, chociaż trochę wygłodzone i wychłodzone.

Dwie i pół godziny drogi do domu przespały, jeden na moich kolanach, drugi na moim swetrze.

W domu pokazały, że są kotami dobrze wychowanymi i nie boją się odgłosów pralki, suszarki ani odkurzacza. Noc spędziły w pralni, żeby nie pozarażać czymś kota i psa, a dzisiaj, po wizycie u kolejnego weta i dokładnym przebadaniu wypuściłam je, żeby powoli poznawały dom. Niech mają .

Myślę, że zostały pzez kogoś wyrzucone, bo z miejsca, w którym je znalazłam do najbliżej wsi jest ponad cztery kilometry, a one mają około czterech miesięcy i ważą trochę ponad kilogram każdy. Niemożliwe, żeby przyszły tam same, ot tak, w ramach spaceru.

Gdybym dostała w swoje ręce tego, kto to zrobił…

 

Kociaki w samochodzie:

 Zdjcie1743

I w domu, w koszu na pranie, bo kto by tam spał na przygotowanym posłanku:

LokiLori

 

Zaplanowany na dzisiaj wpis o następnej lekcji będzie wobec powyższego jutro.

Muzyk?

-Muzyk  to ktoś, kto …

-Muzyk  to ktoś, kto potrafi zagrać każdy utwór, który zechce, dokładnie tak jak zechce.

Wygłosiłam tę mądrą maksymę kiedy siedzieliśmy z Pianistą delektując się odrobiną whisky.

-W takim razie niewielu jest muzyków – odpowiedział Pianista.

-Jak to? – zapytałam, a złocisty płyn zakołysał się w kieliszku, rozsiewając zapach jodyny, spirytusu, asfaltu i słonej, morskiej bryzy.

– Niewielu jest czy było geniuszy, którzy byliby w stanie usiąść do instrumentu i zagrać absolutnie wszystko, co zostało na niego napisane,  dokładnie tak, jak chcą zagrać –  wyjaśnił.  – Utwór trzeba przygotować, a są takie, na których przygotowanie ja na przykład musiałbym poświęcić tyle czasu, że mi się nie chce.

Pomilczeliśmy chwilę, a potem Pianista poszedł grać to, co chciał tak, jak chciał, a ja zostałam z sam na sam z pytaniem, co to właściwie znaczy być muzykiem.

Czy to znaczy zarabiać, albo utrzymywać się z grania?

A może wystarczy mieć dyplom ukończenia Wyższej Szkoły Muzycznej albo chociaż średniej?

Czy też muzyk, to ktoś, kto po prostu potrafi grać na jakimś  instrumencie ?

A może być muzykiem to znaczy słyszeć muzykę,  czuć ją, rozumieć  i umieć   wyrazić?



Lekcja 1

Viola

Spodobał…

Wiolonczela

Spodobał mi się Nauczyciel!  Jest młody, ale nie za młody, uczy już jakiś czas i w dodatku gra w orkiestrze. Ale najważniejsze, że od razu poznał się na mnie, od razu! Usiadł, zagrał i powiedział, że jestem świetna!  Że równo gram , że mam piękny dźwięk i że ładnie wyglądam. Prawdziwy gentleman. Tylko trochę za krótko grał i za bardzo Ją chwalił moim zdaniem.

Powiedział Jej, że świetnie trzyma smyczek i że jest pod wrażeniem tego, ile nauczyła się sama.  Pewnie z uprzejmości,  ale ona zadowolona była jak zając w kapuście. Nie wiem z czego, bo wszystko jej trzeba tłumaczyć, jak dziecku. Jak siedzieć, jak mnie trzymać, jak trzymać smyczek.  A  ona jest w tym taka nieporadna jak dziecko.  Hmm… tyle dobrego, że jest uparta i ćwiczy.

E.B.

Ale było fajnie!

Zaczynaliśmy od samiuteńkiego początku. Bo żeby dobrze zagrać, trzeba najpierw dobrze usiąść. Z wiolonczelą w objęciach, a raczej w kolanach. A potem trzeba złapać smyczek, też dobrze, co jest bardzo niewygodne.  Środek ciężkości smyczka wcale nie jest na jego końcu, czyli przy żabce (fachowo to się nazywa „karafułka”, bardzo ładne słowo), tylko gdzieś w jednej trzeciej czy może jednej czwartej. I przez to smyczek ciąży w dłoni. Trzeba go oprzeć o struny, wtedy jest lepiej, ale i tak się wykrzywia i przesuwa. To nic, grunt to się nie usztywniać. To akurat podobno mi wychodzi, ale to mnie nie dziwi, lata ćwiczeń w nieusztywnianiu za mną.

No więc siedzę, ze mną Viola i smyczek. Można zacząć grać, na początek na pustych strunach.

Jeśli koniecznie chcecie posłuchać, to ja brzmię tak:

A tak brzmi Yo-Yo Ma:

Cóż, trzeba przyznać, że trochę mi jeszcze brakuje 😉

Jak dbać o wiolonczelę ?

O wiolonczelę należy …

O wiolonczelę należy dbać jak o dzieło sztuki. Kropka.

Cienkie drewno, dusza.  Delikatny, spirytusowy lakier.

Nie rzucać, nie kopać, nie siadać na, nie używać jako podpórki pod ani tym bardziej jako stopera w drzwiach.

Drewno się paczy, cienkie drewno paczy się szczególnie łatwo, drewno instrumentu cały czas pracuje, więc:  nie narażać na zmiany temperatury a zwłaszcza wilgotności. Nie zabierać na rejsy morskie, rajdy konne, przeprawy przez biebrzańskie trzęsawiska  ani na trekkingi w Himalajach. Nici ze wspólnych, upojnych wieczorów przy ognisku, koncertów na kładce przerzuconej przez strumień, nici z romantycznych poranków na mokrej od rosy łące.

Najlepiej byłoby przeznaczyć dla wiolonczeli oddzielny pokój i nigdy jej stamtąd nie zabierać. Stała wilgotność, stała temperatura. Cisza, spokój i bezpieczeństwo.

No ale w końcu nie po to mamy wiolonczelę…

A bardziej serio – wiolonczela rzeczywiście jest bardzo delikatna. To duży instrument, a pudło rezonansowe jest zrobione z cienkich deseczek. Dlatego łatwo reaguje na zmiany temperatury i wilgotności.  Struny się luzują, albo odwrotnie, napinają, dźwięk się zmienia i instrument nie brzmi tak, jak by się chciało. Jeśli często masz w mieszkaniu zbyt wilgotne powietrze, można zainstalować w nim osuszacz, można też spróbować podnieść trochę temperaturę. Jeśli jest zbyt suche można kupić specjalny nawilżacz do wiolonczeli i trzymać ją razem z nim w futerale. Wiolonczeli  nie należy stawiać przy kaloryferze, ani pod oknem.

Do czyszczenia z kalafonii wystarczy sucha szmatka. Istnieją też specjalne płyny do czyszczenia (użyłam takiego dopiero raz, po pięciu latach grania), pod żadnym pozorem nie należy używać dostępnych w sklepach płynów do czyszczenia drewna, bo można całkiem zniszczyć lakier. Nie używamy też wody z mydłem , ani samej wody, jeśli namoczymy drewno, to schnąc, może nawet pęknąć.

Jeśli kołki obracają się zbyt luźno, albo nie obracają wcale, można użyć pasty do kołków – są jej dwa rodzaje. Osobiście nie odważyłam się wypróbować domowych sposobów typu kreda czy mydło.

A jeśli ktoś mimo wszystko bardzo chce zabierać swoją wioloczelę  na biwak, żeglować z nią albo na ten przykład jeździć konno, to polecam wiolonczelę z włókna węglowego.

A ja idę okryć moją ciepłym kocykiem.

Dobranoc Państwu.

Fortepian

Okazało się, że nie jestem jedynym instrumentem w tym domu. Na dole, w salonie, stoi Fortepian. Wczoraj po południu położyła mnie na nim i poszła do ogrodu. Nie było jej z godzinę, ale wcale się nie nudziłam, bo wreszcie miałam z kim porozmawiać. Okazało się, że myślimy podobnie, czujemy podobnie, mamy takie same marzenia i doświadczenia. On, Fortepian, też wcale nie chciał tu trafić!
Zaczął opowiadać mi o sobie, o tym co robił wcześniej i jak się tu znalazł, ale nie skończył, bo przyszła, zapakowała mnie w pokrowiec i zabrała z powrotem na górę. Muszę coś wykombinować, żeby częściej go spotykać.

Opowieść fortepianu:
„Nie myślałem, że trafię w takie miejsce. Do prowincjonalnego teatru. Do miasta, którego mieszkańcy mogliby zrozumieć słowo „kultura”, gdyby w miejscowej bibliotece był Słownik Wyrazów Obcych. I gdyby umieli czytać.
Miałem stać w wielkiej sali koncertowej. Mieli grać na mnie sławni artyści. Mieli się o mnie troszczyć najlepsi stroiciele. Tymczasem przywieziono mnie w to miejsce i upchnięto w kącie za kurtyną. Sławni artyści…nawet ich nie widziałem. Stroiciel czasem zaglądał. Głównie do kieliszka. Był nawet sympatyczny, taki mały, zasuszony staruszek. Owszem, trochę głuchy, ale tylko na jedno ucho, dlatego po jego wizycie zawsze jednak miałem jakiś nastrój. Najczęściej minorowy.
Co jakiś czas w teatrze organizowano koncerty. Wiedziałem o tym kilka dni wcześniej, bo przed koncertem odbywało się sprzątanie. Portierka przynosiła wiadro i szmatę i włączała duży, zardzewiały, przemysłowy odkurzacz. Kurtyny furkotały, w powietrze wzbijały się stuletnie pokłady kurzu i płatki rdzy, a ona siadała na krześle, moczyła szmatę w wiadrze i wyżymała. Moczyła i wyżymała. Moczyła i wyżymała… Po jakimś czasie wyłączała piekielną machinę, pył opadał, a wtedy ona przecierała moje wieko tą wielką, wilgotną, słabo wyżętą ścierką.
Porządki to jednak był dopiero początek. Teatr miał swoją ekipę techniczną. Na co dzień zaszyci w podziemiach pod sceną panowie wykorzystywali całą swoją wiedzę techniczną do otwierania kolejnych butelek wina. Kiedy jednak do koncertu pozostawała godzina lub dwie, wytaczali się z czeluści i zabierali się do wytaczania mnie na środek sceny. Albo prawie na środek. W każdym razie do tego miejsca, do którego starczało im sił. Pewnego razu…nie, chyba nie opowiem Wam o tym, to zbyt bolesne…No dobrze, spróbuję. Pewnego razu kółko zaklinowało się w szparze między deskami, panowie zaparli się, pchnęli, szarpnęli i urwali mi nogę! Straciłem równowagę, zagrzechotały klawisze, uchyliło się wieko…myślałem, że już po mnie. Na szczęście zdążyli mnie złapać, podparli mnie krzesłem i tak przetrwałem do końca koncertu. Myślicie pewnie, że zaraz wezwano stolarza, zostałem naprawiony i że od tej pory postępowano ze mną ostrożnie i delikatnie? Nic z tych rzeczy. Po prostu od tej pory nie wytaczano mnie na scenę, tylko wynoszono. Osobno ja, osobno noga. Już nigdy nie byłem w pełni sobą.
Najgorsze jednak były dzieciaki. Nie dało się przewidzieć, kiedy przyjdą. Mógł to być niedzielny poranek albo środek czwartkowej nocy. Na ich widok marszczyły mi się struny i cierpła politura. Traktowali mnie jak mebel. Jedli na mnie śniadanie, sypiąc do środka okruchy, odrabiali na mnie lekcje albo używali jako wieszaka na stroje. Zdarzało się, że jakiś narwaniec grzebał we mnie i szarpał struny swoim brudnym paluchem, bo był ciekawy, jak brzmią od drugiej strony.
Czy grali na mnie? Pewnie że grali. Aż dostawałem kolki i odpadał mi filc z młoteczków. Preludium C-dur Bacha, albo „Sonatę Księżycową” Beethovena. „Sonatę Księżycową” Beethovena, albo Preludium C-dur Bacha. Preludium C-dur Bacha… albo… Chopin, tak, ten biedaczek też miał za swoje. A czasem, wstyd powiedzieć, śpiewali przy mnie sprośne, ludowe przyśpiewki.
Mijały lata, klawisze mi zżółkły, politura spękała, noga doskwierała coraz bardziej, aż wreszcie usłyszałem, że zostanę odnowiony. Ależ się ucieszyłem! Zabrano mnie pewnego wiosennego popołudnia, a kiedy wróciłem, wszystko się zmieniło. Miałem zamek i zaczęto zamykać mnie na klucz. Żadnych więcej okruszków, żadnego grzebania w strunach, szarpania i zmuszania do byle jakiego grania. Stałem sobie przykryty mięciutkim pokrowcem. Stałem…i stałem…spałem…i spałem….Tygodniami i miesiącami. I wiecie co? Zacząłem się nudzić. Zacząłem tęsknić do dawnych czasów, nawet do okruszków na politurze, w końcu nie uwierały mnie aż tak bardzo. Doszedłem też do wniosku, że nie wszystko było takie złe i że mam też trochę dobrych wspomnień: dotyk delikatnych, dziewczęcych palców, cichy śmiech, muśnięcie klawisza… ciepło młodego ciała na mojej klapie, czysty śpiew…Tak, to było miłe…

Kilka lat później usłyszałem znajomy głos. Poczułem znajomy dotyk, poczułem dawno zapomniany zapach. Czekałem, aż mnie obudzi, otworzy i zostanie ze mną przez cały wieczór. Tak bardzo chciałem grać! Usiadła przy mnie, położyła ręce na klawiszach, nacisnęła leciutko… Początkowo nie mogłem się zorientować, co gra, ale po chwili już wiedziałem – moją ulubioną „Sonatę Księżycową”! Od razu przypomniały mi się dawne, dobre czasy. Dalej, dalej! ponaglałem ją w myślach, nie „c”, tylko „cis”, a potem „gis”, teraz akord, nie słychać „a” ofermo, och, gdybym mógł, zagrałbym zupełnie sam! Wreszcie koniec spania, myślałem, zaraz zjawi się tutaj cała ta wrzeszcząca zgraja i będzie tak jak kiedyś. Będziemy ćwiczyć razem, razem oglądać spektakle, będę znowu potrzebny. Ale ona zagrała tylko kilka taktów, a potem delikatnie zamknęła wieko. Wracaj!, wołałem, dokąd idziesz, przecież nie było tak źle, graj dalej! Nie zagrała wtedy, ale następnego dnia zapakowano mnie na ciężarówkę, długo gdzieś wieziono aż wreszcie wniesiono tutaj. Nie mogę powiedzieć, żeby o mnie nie dbała, jestem, jak widzisz odnowiony i nastrojony, od czasu do czasu nawet gra na mnie Pianista, ale wciąż moje miejsce to tylko kąt w małym, drewnianym domku.

..
* * *
Chciałam dzisiaj zestroić wiolonczelę z fortepianem, więc zniosłam ją na dół i położyłam obok niego. Nie da się jednak stroić instrumentu kiedy za oknem wydziera się głody kot, prawda? Wyszłam więc go nakarmić, a przy okazji podlać pomidory w donicach. Potem musiałam jeszcze zebrać agrest, który już zaczął wysychać na krzaczkach i zebrać opadłe w nocy liście. Wydawało mi się, że nie zdążyłam nawet otworzyć pokrowca wiolonczeli, ale wróciłam, zamek był rozsunięty, a wiolonczela leżała oparta o fortepian. Ładnie wyglądają razem, dwa instrumenty.. całe morze możliwości.
Usiadłam przy nich na chwilę i przywołałam wspomnienia…

Fortepian był w teatrze zawsze. Stał w bocznej kulisie, czarny, błyszczący, z białym napisem Stainway and Sons. Wyglądał zupełnie jak fortepiany stojące w wielkich salach koncertowych i tak jak one zdawał się ciągle czekać, aż ktoś na nim zagra. I grał, oczywiście, że grał! Specjalnie dla niego organizowano koncerty. Już kilka dni wcześniej sprzątano, odkurzano scenę, a jego przecierano miękką, wilgotną szmatką tak, że odbijał w sobie wszystkie światła rampy. Rano w dniu koncertu zjawiał się stroiciel, starszy, doświadczony fachowiec. Lubiliśmy patrzeć jak pracował, słuchać jak czysto i pięknie brzmiał potem Fortepian. Po jego odejściu do pracy zabierali się panowie z ekipy technicznej: ustawiali światła, opuszczali horyzont i boczne kurtyny a na koniec wystawiali Fortepian na środek sceny.
Na środek, bo to na nim skupiały się światła, on musiał być w centrum, na niego miała patrzeć publiczność. Był gwiazdą.
Pewnego razu miał miejsce przykry wypadek. Podczas wytaczania Fortepianu kółko utknęło pomiędzy deskami sceny, zaklinowało się , ktoś szarpnął za mocno i Fortepian stracił nogę. Nic więcej na szczęście się nie stało, ale noga pozostała urwana, bo w teatrze ciągle na wszystko brakowało pieniędzy. Jednak nawet z urwaną nogą był dla nas najpiękniejszy. Wokół niego toczyło się nasze życie. Bywał stołem, na którym odrabialiśmy lekcje i przy którym, wstyd powiedzieć, jedliśmy czasem śniadanie. Bywał wieszakiem na stroje, krzesłem albo parawanem za którym można było się przebrać. Wiedzieliśmy o nim wszystko, oglądaliśmy go od środka i od spodu, znaliśmy każdy odklejony kawałek filcu, każdą rysę na politurze, każdą strunę. Myślę, że nas lubił… Był przecież Panem Fortepianem, najważniejszym, potrzebnym, niezbędnym. Zawsze też znalazł się ktoś, kto potrafił na nim zagrać. Bach, Beethoven, Chopin, jakieś wprawki dla początkujących albo wesołe, ludowe przyśpiewki.
Słuchaliśmy tej muzyki, bo, chociaż grana niewprawnie i z błędami, była żywa, tak jak Fortepian był żywy.
Kiedy wchodziliśmy na scenę, codzienne życie zostawało przed drzwiami. Tam, w środku, mogła być dowolna pora dnia albo nocy, zależało to tylko od naszej wyobraźni. Mogliśmy zmienić zimowy poranek w księżycowa letnią noc, wyczarować świt nad jeziorem, albo blask południowego słońca w głębi lasu. Kiedy grał Fortepian, sufit nad widownią znikał, a my podróżowaliśmy przez wymyślone światy i nie byliśmy pewni, czy mijały minuty, godziny czy może całe lata.
W końcu jednak dorośliśmy, skończyliśmy szkoły i rozjechaliśmy się po świecie. Po latach dowiedziałam się, że Fortepian jest na sprzedaż. Natychmiast pojechałam do Teatru. Nie mogłam się doczekać, kiedy znów na nim zagram. Zagram „Sonatę Księżycową”. Znam ją tak dobrze…Jest we mnie, w szumie krwi, we włosach, w opuszkach palców. Słuchałam jej tak często, kiedyś, kiedy niebo pełne było obietnic…
– Dziś wywołam wspomnienia – myślałam – zaproszę wszystkie dobre duchy sceny, odwiedzę dawno zapomniane miejsca z wyobraźni. Ja i Fortepian, po tylu latach, czyż to nie cud?
Weszłam na scenę, zajrzałam za kulisę. Była pusta, ciemna i zimna. Co stało się z Fortepianem? Zaczęłam go szukać i znalazłam, chociaż może byłoby lepiej, gdyby tak się nie stało. Stał, zastawiony elementami scenografii, przykryty pilśniową płytą i paskudnym, włochatym pokrowcem. Otwarłam go i zobaczyłam rząd pożółkłych klawiszy, nierównych, ze śladami klejenia. Politura już nie była czarna, ale brązowa, zniknął gdzieś napis. To nic, pomyślałam, to tylko czas…Minęło przecież ponad dwadzieścia lat…
Nie było czym postawić nut, więc oparłam je na zwiniętym pokrowcu. Usiadłam. Położyłam ręce na klawiszach. Zagraliśmy. Ja i on. Pierwszy takt, drugi…
Nie zrobił tego złośliwie. Starał się bardzo. To była moja wina, on grał dokładnie to, co chciałam i tak jak chciałam. Cicho, nierówno, gubiąc dźwięki. Nie mogłam tego słuchać, niemal czułam jak cierpi.

Nie mogłam go tam zostawić, na szczęście cena nie była wygórwana. Wymagał gruntownego odnowienia, okazało się też, że płyta była kiedyś pęknięta, ale dla mnie i tak brzmi najlepiej ze wszystich fortepianów świata.

A o tym, kto teraz na nim gra będzie następnym razem.

Znowu gram

wiolonczela

E.B.

Uff, naprawione. Obejrzałam film (link poniżej), poczytałam trochę i jakoś się udało. Bardzo, bardzo ostrożnie tym razem. Znowu mogę grać, ale na razie mam dosyć własnych eksperymentów.  Na szczęscie w przyszłym tygodniu przychodzi Nauczyciel, wreszcie zacznę się uczyć porządnie i po kolei.

Wiolonczela

Znowu gram. Struna dotarła, jakimś cudem udało  jej się ją założyć i niczego więcej nie zepsuć. Podstwek się może odrobinę przesunął ale to wszystko, zresztą i tak tego nie usłyszy. Podobno niedługo  ma przyjść nauczyciel, może wybije jej z głowy cały ten pomysł z graniem.

Film o tym, jak bezpiecznie samemu zmienic strunę w wiolonczeli, skrzypcach czy altówce:

Katastrofa!

Wiolonczela

Wiedziałam! Wiedziałam, że tak będzie!

Nie chciało jej się zanieść mnie na strych, więc zostawiła mnie na noc w pokoju, pod otwartym oknem. W pokrowcu, ale co z tego, pokrowiec jest cienki a, skąpiradło, nie kupiła mi porządnego futerału. Noc była zimna, z okna wiało i wiadomo, poluzowały się kołki.

Rano jakby nigdy nic wyjęła mnie z tego nieszczęsnego pokrowca i patrzy, a tu struna G całkiem luźna.

– Coś taka zdziwiona? – myślę sobie, a w środku aż mnie trzęsie ze złości.

Podrapała się paluchami po rozczochranej głowie, wreszcie odkryła:

– kołki się poluzowały – mówi – ale czemu?

-Jak się miały nie poluzować – ja na to – skoro ktoś jest tak głupi, że nie wie jak drewno reaguje na zimno?

Ale oczywiście nie usłyszała, tylko usiadła do komputera, co stoi na biurku pod oknem. Nie przebrała się nawet, w nocnej koszuli siadła, widać jednak ją ruszyło. Szuka w tym kompie, szuka, a pazurami się po łbie drapie jakby ją insekty oblazły. No i znalazła, że pastę do kołków trzeba kupić.

-Wcześniej było myśleć – mówię – teraz to już za późno.

Widać też doszła do tego wniosku, bo pomamrotała coś pod nosem i poszła. Za chwilę wraca, patrzę, niesie kredę. Aha, jasne, to może nie jest najlepszy pomysł, ale ten jeden raz niech będzie. Natarła mi kołek kredą, nawinęła strunę i dalej kręcić. Kręci, kręci, aż mi lakier ścierpł, bo w ten sposób to sobie struny w gitarze można nawijać, tam kołki są malutkie, ale w wiolonczeli? Dokręciła do oporu, ciągle było za nisko, ale już niewiele.

-Delikatnie teraz, powoli – mówię. Ale gdzie tam! Przyłożyła się i jak nie zakręci! No i brzdęk, poszła G! Moja nowiutka, jeszcze nie rozegrana struna G!

I co teraz będzie?

E.B.

No i się spieprzyło. Zerwałam strunę.

Oj no, przecież nie specjalnie!

Skąd niby miałam wiedzieć, że aż tak szkodzi jej zimno? Zresztą takie tam zimno, ledwo parę stopni mniej niż w dzień.

Viola nocuje na strychu, bo tam jest w miarę stała temperatura. Tym razem jej nie wyniosłam, bo jakoś trudno mi było się z nią rozstać wieczorem. Po prostu lubię na nią patrzeć, lubię jej dotykać, lubię jak jest przy mnie, nawet kiedy nie gram. Rano wyjęłam ją z futerału i chciałam nastroić, ale kołek siedział zupełnie luźno i w ogóle nie trzymał struny. Znalazłam w necie różne sposoby na to, czym smarować kołki jeśli nie ma się gotowej pasty – kredą zmieszaną z mydłem, kredą i kalafonią, samą kredą, samą kalafonią itd. Sama kalafonia to zły pomysł, może zakleić kołki tak, że tylko lutnik będzie mógł je wyjąć, nie chciało mi się mieszać kredy z mydłem, zdecydowałam się na samą kredę. Pomogła.

Nie wiedziałam tylko, że ponieważ kołki wiolonczeli są o wiele grubsze niż gitarowe, to obracać je należy bardzo powoli i ostrożnie. Nawet ćwierć obrotu na raz to może być za dużo, a ja, jakby to powiedzieć… trochę przesadziłam. Struna tego nie wytrzymała i pękła, wydając przy tym łamiące serce brzdęknięcie.

Niestety, nauka kosztuje, w tym wypadku 188 zł + koszt przesyłki. Pewnie, można kupić chińskie struny za trzy dychy, ale równie dobrze można by naciągnąć kawałek drutu.

Rozważam zamówienie kompletu jakichś gorszych, tak na wszelki wypadek, ale mam nadzieję, że więcej już tak wypadek mi się nie przytrafi.

struna

Jak to się zaczęło

Wszystko zaczęło się w pewien czwartek. Jechaliśmy samochodem, Pianista i ja. Padał deszcz, nad górami unosiła się mgła, a my milczeliśmy, słuchając muzyki . Nie spieszyło nam się.
Za niewielkim, położonym u stóp gór miasteczkiem minęliśmy przejazd kolejowy, a chwilę potem skręciliśmy w błotnistą, pełną dziur, poprzecinaną korzeniami drzew drogę.
Zwolniłam. Niebo przesłoniły gałęzie świerków. Ich gęsty parasol sprawiał, że deszcz tutaj nie docierał, ale zrobiło się ciemniej, a nisko nad ziemią snuła się mgła. Zatrzymałam się na małym, kamiennym mostku, pod którym woda, ściśnięta kamiennym obramowaniem, kotłowała się i pieniła. Pachniało żywicą, mokrą ziemią i grzybami, a “O Come, Come Emmanuel” The Piano Guys mieszało się z szumem spływających ze zboczy strumyków.

W miejscu takim jak to ta melodia nie była czymś obcym, nie była hałasem, ale częścią lasu, wody i nas samych.

-Szkoda, że nie umiem grać na wiolonczeli – powiedziałam, kiedy muzyka umilkła – moglibyśmy grać razem.
Pianista uśmiechnął się tylko  jak to ma w zwyczaju i sięgnął po papierosa.
Pojechaliśmy dalej, ale ta myśl wciąż nie dawała mi spokoju.
-Szkoda, że nie umiem grać na wieolonczeli, moglibyśmy grać razem, myślałam.
-A właściwie dlaczego nie? – powiedziałam do siebie i kiedy dojechałam do domu byłam już pewna.

Nauczę się grać.

***

„Jeżeli mówisz że możesz, to możesz, jeżeli mówisz, że nie możesz , to nie możesz, więc sobie wybierz”

Jest!

E.B.

Jest wreszcie !

Pojechałam po nią wczoraj wieczorem. Droga wydawała się prosta, przygotowałam sobie karteczkę z nazwami ulic które mam minąć i strzałkami, gdzie mam skręcić. Tyle tylko, że karteczkę zostawiłam w domu. Skończyło się więc tak, jak zawsze, telefonem do Najlepszego:

-Czy możesz mi powiedzieć, gdzie jestem?

Po drugiej stronie usłyszałam znajomo brzmiące westchnienie, ale po krótkiej wymianie zdań udało nam się mniej więcej ustalić zarówno gdzie, jak i dokąd.

Pokręciłam się jeszcze chwilkę po okolicy i w końcu zaparkowałam w pobliżu poszukiwanego numeru.

Weszłam do pracowni, pachnącej drewnem i lakierem, pełnej skrzypiec, altówek, smyczków i lutniczych narzędzi.

Stała pod ścianą, taka, jak sobie wymarzyłam. Rudobrązowa jak świeżo wyłuskany kasztan. Lśniąca w świetle świec i naftowych lampek. Taka młoda. Taka piękna.

-Proszę spróbować, powiedział Lutnik podając mi smyczek.

Smyczek trzymałam po raz drugi w życiu, ale przeciągnęłam nim po strunach, a ona zagrała. Czystym i głębokim dźwiękiem, zupełnie nie przejmując się moim brakiem umiejętności. – Zaakceptowała mnie, pomyślałam i w tym momencie ją pokochałam.

Wiolonczela

No nie, tego się nie spodziewałam. Kobieta. Dorosła. Właściwie to prawie stara, starsza ode mnie. Co jej przyszło do głowy, żeby mnie kupić? Czego ona się spodziewa? Że będzie grać? Nie wiem, czy bardziej chce mi się śmiać, czy płakać.

Weszła do pracowni i od razu było widać, że jest w takim miejscu pierwszy raz. Gapiła się na instrumenty wytrzeszczając oczy i rozglądając się dookoła z głupią miną, a potem zaczęła pytać. O wszystko, nawet o to, jak trzymać smyczek! Ona nic nie umie, kompletnie nic! Lutnik zlitował się nad nią i dał jej pudełko kalafoni. Niech ma, skoro nic nie ma – nie powiedział tego na głos, ale jestem pewna, że tak pomyślał.

Potem wcisnął mnie w ciasny pokrowiec i zaniósł do samochodu. Pojechałyśmy, nie wiem dokąd, ale na miejscu byłyśmy kiedy już dawno zrobiło się ciemno. Pierwszą noc spędziłam na strychu…