Jest!

E.B.

Jest wreszcie !

Pojechałam po nią wczoraj wieczorem. Droga wydawała się prosta, przygotowałam sobie karteczkę z nazwami ulic które mam minąć i strzałkami, gdzie mam skręcić. Tyle tylko, że karteczkę zostawiłam w domu. Skończyło się więc tak, jak zawsze, telefonem do Najlepszego:

-Czy możesz mi powiedzieć, gdzie jestem?

Po drugiej stronie usłyszałam znajomo brzmiące westchnienie, ale po krótkiej wymianie zdań udało nam się mniej więcej ustalić zarówno gdzie, jak i dokąd.

Pokręciłam się jeszcze chwilkę po okolicy i w końcu zaparkowałam w pobliżu poszukiwanego numeru.

Weszłam do pracowni, pachnącej drewnem i lakierem, pełnej skrzypiec, altówek, smyczków i lutniczych narzędzi.

Stała pod ścianą, taka, jak sobie wymarzyłam. Rudobrązowa jak świeżo wyłuskany kasztan. Lśniąca w świetle świec i naftowych lampek. Taka młoda. Taka piękna.

-Proszę spróbować, powiedział Lutnik podając mi smyczek.

Smyczek trzymałam po raz drugi w życiu, ale przeciągnęłam nim po strunach, a ona zagrała. Czystym i głębokim dźwiękiem, zupełnie nie przejmując się moim brakiem umiejętności. – Zaakceptowała mnie, pomyślałam i w tym momencie ją pokochałam.

Wiolonczela

No nie, tego się nie spodziewałam. Kobieta. Dorosła. Właściwie to prawie stara, starsza ode mnie. Co jej przyszło do głowy, żeby mnie kupić? Czego ona się spodziewa? Że będzie grać? Nie wiem, czy bardziej chce mi się śmiać, czy płakać.

Weszła do pracowni i od razu było widać, że jest w takim miejscu pierwszy raz. Gapiła się na instrumenty wytrzeszczając oczy i rozglądając się dookoła z głupią miną, a potem zaczęła pytać. O wszystko, nawet o to, jak trzymać smyczek! Ona nic nie umie, kompletnie nic! Lutnik zlitował się nad nią i dał jej pudełko kalafoni. Niech ma, skoro nic nie ma – nie powiedział tego na głos, ale jestem pewna, że tak pomyślał.

Potem wcisnął mnie w ciasny pokrowiec i zaniósł do samochodu. Pojechałyśmy, nie wiem dokąd, ale na miejscu byłyśmy kiedy już dawno zrobiło się ciemno. Pierwszą noc spędziłam na strychu…