Praca nie popłaca

Praca

Pojechałam na jeden dzień do Pianisty, żeby pograć z akompaniamentem. Kiedy skończyliśmy, zostało nam trochę czasu, więc wybraliśmy się na chwilę za miasto. Siedzieliśmy w samochodzie, na bocznej drodze biegnącej wśród łąk, podziwiając mgły, snujące się nad górami.
-Co zrobić, żebyśmy częściej mogli grać razem? -zapytałam
-Przeprowadź się bliżej mnie. Ja nie mogę przyjeżdżać, pracuję -mruknął Pianista
No tak. Gra. Uczy w dwóch szkołach. Akompaniuje. Podobnie zresztą, jak mój Nauczyciel.

Jak to jest, że w Polsce muzyk nie jest w stanie utrzymać się z jednego rodzaju działalności, z etatu w szkole, albo z grania w orkiestrze czy w zespole? Jakim cudem można się rozwijać, doskonalić, biegając z jednego miejsca w drugie, nie mając czasu, żeby poćwiczyć coś dla siebie, pomiędzy koncertem, lekcjami, a próbą? To nie jest normalne, to nie jest nawet moralne.
Wiem oczywiście, że nie tylko muzykowi trudno utrzymać się z jednego etatu, tylko nie przestaje mnie zdumiewać, jak i kiedy mogło się to stać. Jak gotowana powoli żaba dajemy sobie zabierać coraz więcej, dostając za to coraz mniej. Nie wiem, co i jak z tym można zrobić, ale coś na pewno trzeba.

Fanaberia, czy sens życia?

Fanaberia czy sens życia?
-No bo ta twoja wiolonczela to taka fanaberia. Nie musisz grać – usłyszałam niedawno od znajomego.

Fanaberia, kaprys, zachcianka, widzimisię. Coś niepotrzebnego. Są ważniejsze rzeczy. Trzeba płacić rachunki, kupować jedzenie i ubranie. Po to pracujemy, żeby zaspokoić te wszystkie życiowe potrzeby, swoje i, przede wszystkim, swojej rodziny. Dopiero na końcu, jeśli zostanie trochę czasu i pieniędzy, możemy zająć się swoim hobby. Oczywiście najlepiej takim, na którym można zarobić.
Też tak myślicie?

Według mnie jest odwrotnie. Praca powinna nam zapewniać byt, bo oczywiste jest, że musimy gdzieś mieszkać, coś jeść i w coś się ubrać. Powinna jednak też zostawiać nam czas i pieniądze na przyjemności, na robienie tego, na co mamy ochotę. Obojętnie, czy jest to gra na instrumencie, taniec, podróże, czytanie, czy picie piwa przed telewizorem.
Tymczasem większość ludzi pracuje coraz dłużej, coraz ciężej, za coraz mniejsze pieniądze.
Jest coś nienormalnego w świecie, w którym praca, nie ta wykonywana z pasji, ale z konieczności, staje się jedynym celem życia.
Jest coś nienormalnego w świecie, w którym jedna pensja i jedno miejsce pracy nie wystarcza, żeby przeżyć.
Jest coś bardzo nienormalnego w świecie, w którym ludzie wierzą, że wszystko, co robią dla siebie, a co nie przynosi zysku, to fanaberia.

Czas

Piszę tak rzadko, bo …

Piszę tak rzadko, bo gram.

Nie żartuję.  Ponad dwa lata temu nie byłam w stanie ćwiczyć dłużej, niż 20 minut dziennie.  Stopniowo ten czas się wydłużał. Wzmacniały się mięśnie, twardniały opuszki palców. W październiku zeszłego roku ćwiczyłam półtorej godziny dziennie, teraz dwie, czasem dwie i pół. Mogłabym i dłużej, ale problemem jest wygospodarowanie czasu.  Mam też inne zajęcia, wiele rodzinnych obowiązków, znalezienie  dwóch i więcej godzin na codzienne ćwiczenie bywa problematyczne. Jeśli czegoś zazdroszczę dzieciakom to tego, że mogą w pełni poświęcić się nauce. 

Jestem

Nie było mnie długo, …

Nie było mnie długo, bardzo długo. Nie było mnie z powodu tych zdarzeń, które spadają na nas niespodziewanie, w momencie kiedy siedzimy sobie w wygodnie w bujanym fotelu, na werandzie, z lampką wina w ręku mówiąc do siebie, że życie jest piękne, i w jednej sekundzie zrzucają nas z fotela na deski. Nie było mnie, bo być nie mogło, ale to nie znaczy, że nie grałam. Wręcz przeciwnie, w tym czasie tylko muzyka dawała chwilę spokoju i wyciszenia, bo kiedy zaczynam ćwiczyć, znikają wszystkie myśli, pozostają tylko dźwięki i cisza pomiędzy nimi.
Teraz wszystko powoli wraca do normy i choć kurz jeszcze całkiem nie opadł, mam nadzieję że znajdę czas, żeby pisać.

A to piosenka dla kogoś, kto przemknął obok mnie, niemal niepostrzeżenie, kto wymknął się, cichutko jakby go nigdy nie było :

tekst oryginalny:

Спокойной ночи, господа. Спокойной ночи!
Ваш день прошел, а ночь колдует и пророчит.
Ночные сказки – отголоски дней минувших.
Спокойной ночи, добрых снов для всех уснувших.

Спокойной ночи, господа. Гасите свечи.
Окно раскройте – за окном прекрасный вечер.
И если некому вас обнимать за плечи,
Спокойной ночи, может, завтра будут встречи.

И будут ангелы летать над вашим домом.
Луна рассыплет жемчуга, и за порогом
Спокойна будет и тиха ночь-недотрога.
Да будет мир вам и покой! Усните с Богом!
Да будет мир вам и покой!

Спокойной ночи, господа. Прочь униженья!
Во сне приходят чудеса или виденья.
Пусть ваша совесть не чиста, пусть вы небрежны,
Но день прошел, и лишь сейчас мы так безгрешны.

И будут ангелы летать над вашим домом.
Луна рассыплет жемчуга и за порогом
Спокойна будет и тиха ночь-недотрога.
Да будет мир вам и покой! Усните с Богом!
Да будет мир вам и покой! Усните с Богом!

Moje tłumaczenie:

Spokojnej nocy, wszystkim wam. Spokojnej nocy!
Przeminął dzień, a noc czaruje i proroczy.
We śnie przychodzą opowieści z dni minionych.
Spokojnej nocy, dobrych snów wszystkim uśpionym.

Spokojnej nocy wszystkim wam. Pogaście świece.
Otwórzcie okna, za oknami piękny wieczór.
A jeśli dziś nie ma kto objąć was przez plecy,
Spokojnej nocy, może jutro będzie lepiej.

Anioły będą latać dziś nad waszym domem.
Księżyc rozsypie pereł garść tuż poza progiem.
Bezpiecznie tutaj i spokojnie w ciszy błogiej.
Dobranoc wam i pokój wam! Uśnijcie, z Bogiem!
Dobranoc wam i pokój wam!

Spokojnej nocy, wszystkim wam. Już dość zmartwienia!
We śnie przychodzą różne cuda i widzenia.
I może w duszy jest niejedno przewinienie,
Lecz minął dzień i noc przynosi rozgrzeszenie.

Anioły będą latać dziś nad waszym domem.
Księżyc rozsypie pereł garść tuż poza progiem.
Bezpiecznie będzie i spokojnie w ciszy błogiej.
Dobranoc wam i pokój wam! Uśnijcie, z Bogiem!
Dobranoc wam i pokój wam! Uśnijcie, z Bogiem!

I wszystkim Wam – spokojnej nocy…

Usprawiedliwienie

 

<p …

W czerwcu mamy grać. Znaczy się ja i moje dziecko.  Mam mu akompaniować. Nie, nie na wiolonczeli, na fortepianie.  Pianista mawia (dzieci uprasza się o pominięcie tego zdania, będzie brzydkie słowo), że każdy utwór i pokonanie każdej trudności technicznej wymaga odpowiedniej ilości „dupogodzin” przy instrumencie.

 Nieco zirytowany moimi pomyłkami i naiwnymi pytaniami o to, dlaczego wciąż mi nie wychodzi powiedział ostatnio, że jak zagram dziesięć tysięcy razy, to wyjdzie. Staram się, no naprawdę się staram, ale…

 

Szanowny  Panie Profesorze!

Po dokonaniu stosownych i dokładnych obliczeń ze smutkiem muszę poinformować Pana, że 100.000  powtórzeń, jakie był Pan łaskaw uznać za konieczne do uzyskania biegłości w granym przeze mnie utworze, nie może zostać wykonane do czasu naszej najbliższej lekcji, a nawet, co nie daj Boże, może się zdarzyć, że nie zostanie w całości wykonane w ogóle.

Okazało się bowiem, że zagranie znanych Panu, wymagających ćwiczenia 2 taktów naszego popisowego numeru zabiera średnio 6 sekund. Po przemnożeniu przez 100.000 daje to 600.000 sekund, czyli 166,6 godziny. Oznacza to w przybliżeniu 6,94 dnia ciągłego grania, co przekracza znacznie moje możliwości psychofizyczne. Jeśli natomiast, dajmy na to, przyjmiemy rozrzutnie 8 godzin na dobę snu i dodamy godzinę na pozostałe czynności fizjologiczne, czas ten wydłuży się do 11,1 dnia. Niestety, 15 godzinne granie wyłącznie owych 2 taktów wyklucza granie innych zadanych przez Pana utworów, wpłynęłoby także, jak sądzę, ujemnie na moje życie rodzinne i grę na wiolonczeli (co oczywiście absolutnie nie może być usprawiedliwieniem, dlatego wspominam o tym z ubolewaniem i tylko na marginesie). Można by wprawdzie rozważyć granie tylko jednego z owych dwu taktów, co skróciłoby czas konieczny do ich wyćwiczenia o połowę, jednak nie zmienia to faktu, że do czwartku w żadnym razie nie zdążę.

Co gorsza, przyjąwszy maksymalny realny czas grania na godzinę dziennie, otrzymamy 166,6 roboczodni, czyli około 5,5 miesiąca. Tak więc z  niezmiernym żalem przyznać muszę, że wbrew oczekiwaniom Pana Profesora wspomnianego wyżej utworu nie uda się  w całości zagrać na czerwcowym koncercie.

Mam nadzieję, że niemożność ta nie wpłynie na naszą tak do tej pory dobrze układającą się współpracę i nie przekreśli mojej dalszej kariery pianistycznej. Ze swej strony dołożę wszelkich starań, aby nałożone na mnie zadanie mimo wszystko wykonać w najkrótszym możliwym czasie i myślę, że utwór ten będę w stanie zaprezentować przed osiągnięciem zgrzybiałej starości.

Z poważaniem

E. B

 P.S.

Pisząc powyższe usprawiedliwienie nie sugeruję broń  Boże braków w edukacji matematycznej Pana Profesora ani też słabego poczucia czasu, który wszak jest wielkością  względną, choć mierzalną (pamiętam oczywiście Pańskie stwierdzenie, że najważniejszy w muzyce jest czas).

Uprzedzając zaś Pańską uwagę, że zamiast pisać do Pana, mogłabym spożytkować tenże czas na pracę przy instrumencie, spieszę wyjaśnić, że treść listu układałam w czasie oczekiwania na swoją kolej podczas pobytu w Urzędzie Stanu Cywilnego  (w którym nota bene i tak nie udało się niczego za pierwszym razem załatwić), przelanie zaś go na papier zajęło mi minut  14 (ponieważ, i tu muszę się pochwalić, piszę 10-cioma palcami z szybkością co najmniej 120 znaków na minutę), co jak sądzę, wobec powyższych wyliczeń nie ma większego znaczenia.

Pozostaję z szacunkiem

E.B.

 

Pianista swoje przy instrumencie już odsiedział i teraz grywa a vista na przykład tak:

A. Jańszynow. Concertino op.35 w stylu rosyjskim

Porzucony flet

Bruno Ferrero – opowiadania, bajki, rozważania

„Na polu leżał porzucony od dłuższego czasu Flet, na którym nikt już nie grał. Aż pewnego dnia przechodzący obok Osioł dmuchnął w niego z całej siły. Wyzwolił dźwięk piękniejszy niż jakikolwiek inny, który kiedykolwiek słyszał w swoim życiu. I nie tylko w swoim oślim życiu, ale również w życiu Fletu. Nie mogąc zrozumieć tego co się stało (obaj nie byli roztropni, a jedynie wierzyli w roztropność) oddalili się natychmiast od siebie, zawstydzeni tym, że wydarzyło się coś tak pięknego, najpiękniejszego w ich życiu.
A w naszym życiu? Ile porzuconych fletów, osłów? Czasami jakieś odkrycie, jakaś niespodzianka, jakaś iskra… I wszystko znowu się kończy. Wszystko dlatego, że brakuje nam odwagi.”

Nie każdy pomysł wart jest realizacji, nie każdy da się zrealizować, nie każdą okazję trzeba i da się wykorzystać. Nad każdą jednak warto na chwilę przystanąć, zastanowić się. Jeśli powstrzymuje nas tylko lęk, biorący się nie z rzeczywistości, ale z filmów, jakie nieustannie wyświetlamy w naszej głowie, warto ten lęk zignorować. Warto nie być Osłem i nie porzucać czarodziejskich Fletów – marzeń.

Od muzyki piękniejsza jest tylko cisza…

„Od muzyki …

„Od muzyki piękniejsza jest tylko cisza” . Paul Claudel



Od muzyki ważniejsza jest tylko cisza.  

Żyję w ciszy.  W ciszy jestem sam na sam ze sobą.  

Chociaż w moim domu muzyka nie gra w tle, nie gada telewizor, nie brzęczy radio, nie jest to cisza absolutna. Słychać stukanie psich pazurków o podłogę, mruczenie kotów, szum pralki, śmiech  dzieci. Z ogrodu dolatuje świergotanie ptaków, szelest liści  albo pluskanie deszczu. 

Są jednak miejsca odludne i dzikie, dokąd czasem jadę. Zimą, kiedy cisza jest najgłębsza.

Staję na  pustej, zasypanej śniegiem  leśnej drodze i czuję, że naprawdę w promieniu wielu kilometrów nie ma nikogo. Nie dociera do mnie nic, ani jedno drgnienie myśli – ani ludzkiej, ani najmniejszego nawet żuczka, najmniejszej roślinki. Nie widać żadnego śladu życia. Czasem tylko słychać wiatr i szmer płatków śniegu  osypujących się z drzew. Absolutny spokój.  

Wtedy odpoczywam.

 

 

tak żyć

by się na nowo wciąż odradzać

jak kwiaty

i jak trawa

tak żyć

by jedno być ze światem

jak śniegu

roztopiony płatek

tak żyć

by upaść choćby dziś

bez żalu

jak liść

mateusz kurcewicz



Pianista jest chory…

I nie, nie leży w …

I nie, nie leży w łóżeczku, chociaż powinien. A nie leży dlatego, że musi grać. MUSI.

I, jak wczoraj wychrypiał, musiałby chyba trafić do szpitala, żeby jego nieobecność była usprawiedliwiona.

– Rozchorujesz się bardziej i pozarażasz publiczność, powiedziałam

– Będę się trzymał od nich z daleka, odparł pomiędzy jednym a drugim smarknięciem.

Czy nie wolałby spędzić kilku dni w  domu, popijając herbatę z cytryną i przecierając załzawione oczy? Czy nie  wolałby drzemać pod kołdrą, czekając, aż mu przejdzie? Pewnie, że by wolał. Tylko, niestety, taki mamy klimat. Ten ktoś, kto zaraził Pianistę, być może też wolał nigdzie nie wychodzić. Tylko, tak jak on, MUSIAŁ.

To smutne i w gruncie rzeczy głupie, że  praca zmusza do tego, żeby ignorować własne potrzeby. Ludzie chorzy powinni mieć czas i możliwość, żeby wyzdrowieć i to nie jest w porządku, że praca czy szkoła tego nie uwzględnia. Zaczyna się zresztą już w przedszkolu, kiedy rodzice przyprowadzają swoje zasmarkane i kaszlące dzieci, ucząc je w ten sposób, że chorobę można lekceważyć i że to nie jest ważne, że źle się czują. Te dzieci potem same bywają pracodawcami, wymagają dyspozycyjności od swoich pracowników i od siebie, a potem umierają na zawał albo na raka, bo od początku uczeni są bagatelizować objawy choroby.

A przecież szacunek dla własnego ciała, świadome odbieranie i rozumienie jego sygnałów  to jest podstawa zdrowego życia.

Dlatego, kiedy któreś z moich dzieci jest chore, zostaje w domu. Katar to też choroba, zwłaszcza  że to, co dla jednego dziecka może być niegroźną infekcją, dla drugiego skończyć się może zapaleniem płuc czy zatok.  Dlatego też uważam, że jeśli ktoś wie, że nie jest w stanie zapewnić swojemu dziecku opieki, nie powinien się na nie decydować.

Kocia muzyka

Że też mnie coś …

Że też mnie coś podkusiło…

Wczoraj pojechałam w góry odpocząć. Pięknie było, drzewa przyprószone śniegiem, mgła, cisza i spokój taki, jaki można znaleźć tylko w zimowym lesie. Chodziłam aż do zmierzchu, marznąc trochę w uszy, bo nie przewidziałam, że wprost z nizinnej jesieni wpadnę w górską zapowiedź zimy.

Kiedy wracałam, zobaczyłam przebiegającego przez drogę psa. Zawołałam do niego i wtedy usłyszałam głośnie i rozpaczliwe „miauuuu”. Podeszłam bliżej. W trawie siedziały dwa kociaki. Zmoknięte, zmarznięte i wystraszone. Odruchowo wzięłam je na ręce i przytuliłam, a one najwyraźniej uznały, że od tej chwili wszystko już będzie w porządku, bo przytuliły się do mnie i zaczęły mruczeć. Pies, zignorowawszy mnie całkiem, poszedł sobie w jakichś tylko sobie wiadomych psich sprawach, a ja stałam tam, z brudnymi jak nieszczęście zwierzakami w objęciach, zastanawiając się co robić. Uszy marzły mi coraz bardziej, więc w końcu postanowiłam wziąć je do samochodu.

-Jak włączę silnik, to pewnie uciekną – pomyślałam, zamykając drzwi. Nie uciekły, nie wystraszyły się nawet. Obeszły wszystko dookoła, a potem wlazły mi na kolana.

Zadzwoniłam do Najlepszego z Najlepszych mężów.

-Znajdź mi proszę telefon do weta, poprosiłam.

Ten cudowny człowiek, całkowicie zrównoważony i odporny na moje szaleństwa najpierw poszukał telefonu, a dopiero potem zapytał z pewną ostrożnością:

– Masz jakieś zwierzę?

– Mam. Nawet dwa. Koty. A może i psa, powiedziałam.

-A jaka to rasa?

-Nordycka psiakrew, odpowiedziałam, bo przyszedł mi na myśl niezapomniany kabaret Dudek.

Pojechałam do weta, który oczywiście kotów nie potrzebował, ale stwierdził, że maluchy są w zadziwiająco dobrym stanie, chociaż trochę wygłodzone i wychłodzone.

Dwie i pół godziny drogi do domu przespały, jeden na moich kolanach, drugi na moim swetrze.

W domu pokazały, że są kotami dobrze wychowanymi i nie boją się odgłosów pralki, suszarki ani odkurzacza. Noc spędziły w pralni, żeby nie pozarażać czymś kota i psa, a dzisiaj, po wizycie u kolejnego weta i dokładnym przebadaniu wypuściłam je, żeby powoli poznawały dom. Niech mają .

Myślę, że zostały pzez kogoś wyrzucone, bo z miejsca, w którym je znalazłam do najbliżej wsi jest ponad cztery kilometry, a one mają około czterech miesięcy i ważą trochę ponad kilogram każdy. Niemożliwe, żeby przyszły tam same, ot tak, w ramach spaceru.

Gdybym dostała w swoje ręce tego, kto to zrobił…

 

Kociaki w samochodzie:

 Zdjcie1743

I w domu, w koszu na pranie, bo kto by tam spał na przygotowanym posłanku:

LokiLori

 

Zaplanowany na dzisiaj wpis o następnej lekcji będzie wobec powyższego jutro.

Jak to się zaczęło

Wszystko zaczęło się w pewien czwartek. Jechaliśmy samochodem, Pianista i ja. Padał deszcz, nad górami unosiła się mgła, a my milczeliśmy, słuchając muzyki . Nie spieszyło nam się.
Za niewielkim, położonym u stóp gór miasteczkiem minęliśmy przejazd kolejowy, a chwilę potem skręciliśmy w błotnistą, pełną dziur, poprzecinaną korzeniami drzew drogę.
Zwolniłam. Niebo przesłoniły gałęzie świerków. Ich gęsty parasol sprawiał, że deszcz tutaj nie docierał, ale zrobiło się ciemniej, a nisko nad ziemią snuła się mgła. Zatrzymałam się na małym, kamiennym mostku, pod którym woda, ściśnięta kamiennym obramowaniem, kotłowała się i pieniła. Pachniało żywicą, mokrą ziemią i grzybami, a “O Come, Come Emmanuel” The Piano Guys mieszało się z szumem spływających ze zboczy strumyków.

W miejscu takim jak to ta melodia nie była czymś obcym, nie była hałasem, ale częścią lasu, wody i nas samych.

-Szkoda, że nie umiem grać na wiolonczeli – powiedziałam, kiedy muzyka umilkła – moglibyśmy grać razem.
Pianista uśmiechnął się tylko  jak to ma w zwyczaju i sięgnął po papierosa.
Pojechaliśmy dalej, ale ta myśl wciąż nie dawała mi spokoju.
-Szkoda, że nie umiem grać na wieolonczeli, moglibyśmy grać razem, myślałam.
-A właściwie dlaczego nie? – powiedziałam do siebie i kiedy dojechałam do domu byłam już pewna.

Nauczę się grać.

***

„Jeżeli mówisz że możesz, to możesz, jeżeli mówisz, że nie możesz , to nie możesz, więc sobie wybierz”