Do utraty tchu

Czasem trzeba wpaść na sto pomysłów, żeby sto pierwszy okazał się genialny.
Czasem trzeba biec do utraty tchu, żeby móc pobiec jeszcze dalej.
Czasem trzeba coś zagrać tysiąc razy, żeby za tysiąc pierwszym razem zagrać bezbłędnie. A czasem ma się problem z uzyskaniem dobrego, mocnego, pełnego brzmienia.
-Za dużo powietrza w tym twoim graniu – powiedział mój Nauczyciel i niestety słyszałam, że ma rację. Podnosiłam trochę smyczek przy zmianach pozycji, albo zmianie kierunku smyczkowania, przez co następny dźwięk miał inną barwę i odzywał się ciszej.
Ćwiczyłam i ćwiczyłam, i rozpacz mnie ogarniała, bo ciągle było nie tak. Niedobrze. Brzydko. Miałam już dość, bolały mnie palce i bolało mnie ramię, ale się uparłam. Jeszcze raz, jeszcze chwilę, jeszcze pół godziny, mówiłam sobie, zaciskając zęby. Grałam. Aż nagle, ze zmęczenia, ręka po prostu opadła mi na struny. Oparła się całym ciężarem na smyczku. I to było to!
Czasem dopiero zmęczenie powoduje, że odpuszczamy, przestajemy kontrolować i pozwalamy, żeby nasze ciało zaczęło reagować i zachowywać się w sposób naturalny. Ze zmęczenia znikają napięcia i ręka układa się tak, jak powinna. Potem wystarczy to tylko zapamiętać.

Lekcja 9

E.B.

Czasami …

E.B.

Czasami uczenie się nowego utworu jest jak rozwiązywanie zagadki. Gram, nie wychodzi, nie wychodzi i wciąż nie wychodzi. Niby każda nuta jest na swoim miejscu, a jednak coś brzmi nie tak, jak powinno. Trzeba zrozumieć co, dlaczego i w którym miejscu jest źle, a potem wymyślić sposób, jak to poprawić. Przy tym ostatnim zwykle potrzebuję pomocy nauczyciela, ale i tak mam dużą satysfakcję, kiedy się udaje.

Lekcja 9 to wciąż poprawianie intonacji. Problemy pojawiają się szczególnie wtedy, kiedy  przenoszę rękę ze struny na strunę, trafiam albo powyżej, albo poniżej dźwięku.  Oczywiście cała reszta, równe tempo, ładny dźwięk , dobry podział smyczka, też wymaga ćwiczenia i poprawiania, ale, jak wiadomo, nie od razu Kraków….

Jeśli ktoś lubi, to tutaj może posłuchać:

May Song. Suzuki Cello Schood Book 1

Wiolonczela

Rozwiązywanie zagadki… taak. Rzeczywiście, niektóre utwory brzmią, jakby były wielką, niezgłębioną tajemnicą. Niektóre pojęcia też. Taka na przykład Intonacja. Trudne, dziwne słowo, oznaczające w uproszczeniu trafianie we właściwy dźwięk. Zawsze, z zamkniętymi oczyma też.  Bez poprawiania po tym, jak już się trafi, bo wtedy to już nie ma czego poprawiać. Zaiste, dla niektórych wiedza tajemna. No cóż, ja też się czegoś uczę. Cierpliwości.

Lekcja 8

EB.

<p …

EB.

Cisza. Brak dźwięku. Pauza.

Pauzy są równie ważne, jak nuty  i tak samo dokładnie należy je wyliczać. Trzeba przy tym pamiętać, że dźwięk nie kończy się w momencie puszczenia klawisza, a tym bardziej nie w momencie ustania ruchu smyczka. W fortepianie tłumik opada, kiedy puszczamy klawisz, ale dźwięk wybrzmiewa jeszcze przez moment, w wiolonczeli  słychać to jeszcze wyraźniej. Nuta zagrana przed następną nutą jest więc odrobinę dłuższa, niż ta przed pauzą.

Na lekcji ósmej  gram „Song of The Wind” , starając się, żeby grać smyczkiem długim i mocnym i żeby pauzy brzmiały tak samo dobrze, jak dźwięki.

Jak mi to wychodzi można posłuchać tutaj (ale nad tym utworem muszę jeszcze popracować. Dużo popracować. Naprawdę, mnóstwo pracy) :

Wiolonczela

Cisza. To jest świetny pomysł, żeby grała ciszę. Jestem za. Popieram. Najlepsza byłaby jedna długa, wyraźna pauza przez całą lekcję, ale zdaje mi się, że nie ma na to najmniejszych szans. Niestety.

„Przepięknie grają ciszę nienaciśnięte klawisze i struny niedotknięte też ciszę grają pięknie…”

Lekcja 7

<p …

„Współcześni młodzi pianiści ćwiczą na ogół tak bardzo wiele, że nawet kiedy wreszcie wejdą na estradę – to dalej ćwiczą i ćwiczą…”  (Artur Rubinstein)

Ja też podobno tak mam, tyle że nie na estradzie, a na lekcji. A mój Nauczyciel chciałby, żebym muzykowała. Żebym grała swobodnie i z rozmachem.  Zdarza mi, owszem, kiedy nikogo nie ma w domu, ale żeby tak  publicznie? Nie wiem, chyba muszę to przemyśleć.

Tutaj, na wypadek gdyby ktoś chciał posłuchać, nagrałam jak ćwiczę:

Lekcja 6

E.B.

Jak …

E.B.

Jak człowiek na co dzień prowadzi samochód, potrafi pisać bezwzrokowo na klawiaturze, zawiązać  sznurówki i zapleść warkocz, to mu się wydaje, że z koordynacją obu rąk wszystko u niego w porządku. Otóż nie.

Wystarczy zmienić kierunek. Prawa ręka macha na ten przykład w pionie, lewa w poziomie, obie dla utrudnienia w innym tempie.  I już. Okazuje się, że lewa nie nadąża za prawą albo odwrotnie, że palce zginają się jak tam któremu pasuje i że po chwili zmiast dwóch różnych kierunków ruchu mamy jakiś jeden, skośno – uśredniony. A właśnie koordynacja, a zarazem niezależność rąk to w grze na wiolonczeli podstawa. Wyćwiczenie tych umiejętności to nie jest zadanie niemożliwe, tylko najpierw trzeba sobie uświadomić swoje braki w tym względzie, a następnie ćwiczyć. I jeszcze trochę ćwiczyć.

W tym celu można wykorzystać znany i lubiany utwór pt. „Trzy kurki”, ale żeby nie umrzeć z nudów i nie wyrzucić instrumentu za okno, a nauczyciela za drzwi gram „French Folk Song”, czyli francuską, a jakże, piosenkę ludową:

A do Kurków jeszcze będziemy wracać.

Wiolonczela:

Co za ulga, no naprawdę! Nowy utwór.  Trochę więcej nut i w trochę innej kolejności, niż poprzednio. Palec czwarty, czwarty, czwarty, palec trzeci, trzeci, trzeci  i tak to leci. Najpierw na A, potem na D i na odwyrtkę. Na razie udaje jej się nie mylić trzeciego z czwartym. Czasami.  Znaczy się, talent matematyczny obecny.

Lekcja 5

Wciąż ćwiczymy granie…

Wciąż ćwiczymy granie z dobrą intonacją, czyli dźwiękiem o właściwej wysokości i barwie, i pewnie będziemy ćwiczyć  bardzo, bardzo długo.  Na instrumentach bez progów trzeba nauczyć się trafiać we właściwe miejsce na gryfie, co nie jest takie oczywiste, zwłaszcza, że na każdej wiolonczeli ten najwłaściwszy dla danego dźwięku punkt przyciśnięcia struny jest odrobinę gdzie indziej.

Oczywiście najpierw trzeba usłyszeć, że to jest właściwe miejsce. Z tym raczej nie mam problemów, jak już znajdę, to słyszę, zresztą nie jest to trudne, bo wtedy instrument rezonuje tak, że czuje się to w całym ciele. Dźwięk jest silny, pełny i głośny.

Problemy sprawia trafienie od razu w dźwięk. Można poprosić nauczyciela, żeby nakleił nam taśmy albo kropki na gryfie, są też gotowe naklejki:

Ja gram bez naklejek („nic nie będę naklejał, traktuję Panią poważnie”), ale sprawdzam dźwięk za pomocą tunera, starając się jednak najpierw usłyszeć, potem dopiero patrzeć, a czasem grać też tylko na słuch.

Sprawdzać właściwy dźwięk można na wiele innych sposobów, ćwiczyć słuch też, będę o tym pisać w miarę, jak będę się uczyć.

Dzisiaj na odmianę Trzy kurki w wersji, że tak powiem, podstawowej:

Lekcja 4

Viola

Wiolonczela

Gdybyście mieli wątpliwości, to tak, wciąż gramy Trzy Kurki, niech je ptasia grypa! Swędzi mnie politura i świerzbią struny. Marszczy mi się podstawek i luzują kołki. Jak długo jeszcze?

E.B.

No cóż… Jakby to powiedzieć. Trzy Kurki to cztery wariacje. Gram tę trzecią. Druga na razie poczeka, bo podobno jest trudna.

To wciąż początek początku, bez dynamiki, bez jakiejkolwiek  interpretacji.

Intonacja…   cóż, podobno po miesiącu grania niezbyt właściwa, mówiąc delikatnie, intonacja to norma.

Ciągle jeszcze bolą mnie palce i czasem prawa ręka, której wydaje się, że trzymanie smyczka prawidłowo jest niewygodne.

Jest na to tylko jedna rada: więcej ćwiczyć.

Wszystko jest, jak mówi Pianista, kwestią ilości „dupogodzin” przy instrumencie.  Hawk.

Jeśli ktoś musi, to proszę bardzo, tak grałam dzisiaj:

A tak będę grać kiedyś, jeśli dożyję 😉

Lekcja 3

W dalszym ciągu …

W dalszym ciągu maltretujemy „Kurki trzy”, tym razem w innym rytmie, jeszcze szybszym niż poprzedni: DDDDDDDD, AAAAAAAA, HHHHHHHHH , AAAAAAA, itd.itp

Tak, niestety, póki co, gram ja:

A tak Sara Sant’Ambrogio:

Krótka notka dzisiaj, bo muszę ćwiczyć 😉

Lekcja 2

Viola

Wyobraź …

Wiolonczela

Wyobraź sobie, że możesz zagrać wszystko. Od suit Bacha, po koncerty Lutosławskiego i Pendereckiego. Grasz klasykę, ale równie dobrze metal albo rock. Wiesz, że potrafisz wydobyć dźwięk piękny, głęboki i czysty. Łagodne legato, albo szybkie, urywane spiccato.

A tymczasem dzień w dzień musisz powtarzać w kółko:

D D A A H H A G G Fis Fis E E D w różnych tempach i wariantach rytmicznych.

W dodatku nie masz pewności, że kiedykolwiek będzie lepiej, inaczej, że będziesz mogła pokazać pełnię swoich możliwości i że ktoś to doceni.

Wyobraź sobie to wszystko i postaw się na moim miejscu. Już nigdy nie zdziwisz się, że pękają mi struny.

E.B.

Co gram? Beethovena gram i Mozarta gram, a co!

Jest taka francuska dziecięca piosenka z XVIII wieku. Polskie słowa napisał do niej Karol Rostworowski, idzie to tak : „Wyszły w pole kurki trzy i gęsiego sobie szły”.

(Nie wiem dlaczego, ale zawsze wydawało mi się, że to były te trzy kurki, ci, znaczy się oni, rodzaj męski. Kurczaki. Ale w tekście są one. Kurki)

Pewnego razu Wolfgang Amadeusz Mozart wziął tę melodię i wykorzystał w wariacji : Zwölf Variationen „Ah vous dirai-je, Maman”

A ja gram ją w opracowaniu na wiolonczelę. Bardzo dobry utwór, pozwala dobrze wyćwiczyć pierwszą pozycję i podział smyczka. Myślę, że Violi też się podoba.

Pierwsza wariacja idzie tak:

DDDDD D, AAAAA A, HHHHHH H , AAAA A, GGGGG G, Fis Fis Fis Fis Fis Fis, EEEEE E, DDDDD D

Nie wiem dlaczego, ale łatwiej jest grać krótkimi pociągnięciami. Może dlatego, że łatwiej ukryć błędy? Dźwięk nie ma czasu, żeby się rozwinąć, unieść i odlecieć, więc słuchacz nie ma czasu usłyszeć, że nie odlatuje, tylko siedzi i skrzypi.

Jeśli ktoś ma odwagę i chęć to proszę bardzo, tak gram:

A to wersja The Piano Guys. Fortepian i trzy wiolonczele. Prosto i ładnie:

Lekcja 1

Viola

Spodobał…

Wiolonczela

Spodobał mi się Nauczyciel!  Jest młody, ale nie za młody, uczy już jakiś czas i w dodatku gra w orkiestrze. Ale najważniejsze, że od razu poznał się na mnie, od razu! Usiadł, zagrał i powiedział, że jestem świetna!  Że równo gram , że mam piękny dźwięk i że ładnie wyglądam. Prawdziwy gentleman. Tylko trochę za krótko grał i za bardzo Ją chwalił moim zdaniem.

Powiedział Jej, że świetnie trzyma smyczek i że jest pod wrażeniem tego, ile nauczyła się sama.  Pewnie z uprzejmości,  ale ona zadowolona była jak zając w kapuście. Nie wiem z czego, bo wszystko jej trzeba tłumaczyć, jak dziecku. Jak siedzieć, jak mnie trzymać, jak trzymać smyczek.  A  ona jest w tym taka nieporadna jak dziecko.  Hmm… tyle dobrego, że jest uparta i ćwiczy.

E.B.

Ale było fajnie!

Zaczynaliśmy od samiuteńkiego początku. Bo żeby dobrze zagrać, trzeba najpierw dobrze usiąść. Z wiolonczelą w objęciach, a raczej w kolanach. A potem trzeba złapać smyczek, też dobrze, co jest bardzo niewygodne.  Środek ciężkości smyczka wcale nie jest na jego końcu, czyli przy żabce (fachowo to się nazywa „karafułka”, bardzo ładne słowo), tylko gdzieś w jednej trzeciej czy może jednej czwartej. I przez to smyczek ciąży w dłoni. Trzeba go oprzeć o struny, wtedy jest lepiej, ale i tak się wykrzywia i przesuwa. To nic, grunt to się nie usztywniać. To akurat podobno mi wychodzi, ale to mnie nie dziwi, lata ćwiczeń w nieusztywnianiu za mną.

No więc siedzę, ze mną Viola i smyczek. Można zacząć grać, na początek na pustych strunach.

Jeśli koniecznie chcecie posłuchać, to ja brzmię tak:

A tak brzmi Yo-Yo Ma:

Cóż, trzeba przyznać, że trochę mi jeszcze brakuje 😉