Słoń dla wiolonczelistki

Na początku nauki kupowałam wszystko, co ma związek z wiolonczelą, jak leci, nawet breloczek do kluczy. Chciałam się też uczyć jak najszybciej, najlepiej tak, żeby już za rok grać przynajmniej fragment koncertu Vivaldiego. Dlatego uważałam, że przyda mi się każde urządzenie, które w zamyśle ma przyspieszać i ułatwiać naukę.

Jednym z takich “wspomagaczy” jest coś, co nazywa się “elephant cello”, czyli „słonik wiolonczelowy”. Nakłada się go na smyczek, w zamyśle po to, żeby poprawić ustawienie palców i dłoni.

Czy rzeczywiście pomaga?

Żeby go nałożyć, trzeba rozłożyć smyczek. Żeby go potem zdjąć, oczywiście również.

Nie chciałam grać ze słoniem cały czas, a bardzo szybko przestało mi się chcieć rozkręcać smyczek, dokonałam więc operacji i rozcięłam biedakowi brzuch:

Mogłam go już nakładać, kiedy chciałam, ale chciałam coraz rzadziej, bo słonik radykalnie zmienia punkt ciężkości smyczka – przesuwa go w kierunku żabki.

położenie środka ciężkości smyczka bez słonia
i ze słoniem

Palce na słoniku układają się może poprawnie, ale dłoń i nadgarstek nie, gra się też inaczej, bo inaczej obciążony jest smyczek i ręka. Granie ze słoniem nie przekłada się na lepsze granie bez słonia.

Trudno mi się jednak było rozstać z zabawką, więc wetknęłam w nią ołówek i trzymałam w ręku w czasie czytania albo oglądania czegoś, zapamiętując ułożenie palców
Potem przez jakiś czas nosiłam ją w kieszeni, już bez ołówka, żeby ręka układała się tak, jak na smyczku.
Czy więc słoń potrzebny jest wiolonczeliście?

Na pewno nie, chyba że ktoś lubi mieć nieco złudne uczucie, że cały czas się uczy i ćwiczy.

Ale tak poza tym to jest całkiem ładny, prawda?