Nauka czytania nut i co jest w tym najważniejsze.

Nuty mają swoje nazwy i miejsce na pięciolinii. Od tego trzeba zacząć naukę. Na pierwszej linii jest “E”, w drugim polu “A”, na trzeciej linii jest “H”, na trzecim polu “C” i tak dalej.
Otóż wcale nie.
Najważniejsze jest to, w którym miejscu na waszym instrumencie znajduje się dźwięk, oznaczony daną nutą na pięciolinii.
Nazwy są oczywiście przydatne i niezbędne, żeby dogadać się z innymi muzykami, albo gdy nauczyciel każe wam poprawić jakąś konkretną nutę. Tyle, że bez znajomości nazw dźwięków można grać, bez znajomości ich położenia na instrumencie nie.

Dlatego nie zaczynajcie nauki czytania nut od oglądania filmów na YT pod tytułem “nauka czytania nut w minutę”, albo od ściągnięcia aplikacji wyświetlającej na zmianę nutki i nazwy.
Nie uczcie się nazw w oderwaniu od instrumentu.
Zacznijcie od “topografii”, czyli rozmieszczenia nut na klawiaturze, gryfie czy klapkach instrumentu. Przypisujcie daną nutę, wraz z jej nazwą, do konkretnego miejsca.
Dopiero to da wam swobodę czytania nut „a vista” i grania.

W przypadku wiolonczeli wygląda to tak:

Fanaberia, czy sens życia?

Fanaberia czy sens życia?
-No bo ta twoja wiolonczela to taka fanaberia. Nie musisz grać – usłyszałam niedawno od znajomego.

Fanaberia, kaprys, zachcianka, widzimisię. Coś niepotrzebnego. Są ważniejsze rzeczy. Trzeba płacić rachunki, kupować jedzenie i ubranie. Po to pracujemy, żeby zaspokoić te wszystkie życiowe potrzeby, swoje i, przede wszystkim, swojej rodziny. Dopiero na końcu, jeśli zostanie trochę czasu i pieniędzy, możemy zająć się swoim hobby. Oczywiście najlepiej takim, na którym można zarobić.
Też tak myślicie?

Według mnie jest odwrotnie. Praca powinna nam zapewniać byt, bo oczywiste jest, że musimy gdzieś mieszkać, coś jeść i w coś się ubrać. Powinna jednak też zostawiać nam czas i pieniądze na przyjemności, na robienie tego, na co mamy ochotę. Obojętnie, czy jest to gra na instrumencie, taniec, podróże, czytanie, czy picie piwa przed telewizorem.
Tymczasem większość ludzi pracuje coraz dłużej, coraz ciężej, za coraz mniejsze pieniądze.
Jest coś nienormalnego w świecie, w którym praca, nie ta wykonywana z pasji, ale z konieczności, staje się jedynym celem życia.
Jest coś nienormalnego w świecie, w którym jedna pensja i jedno miejsce pracy nie wystarcza, żeby przeżyć.
Jest coś bardzo nienormalnego w świecie, w którym ludzie wierzą, że wszystko, co robią dla siebie, a co nie przynosi zysku, to fanaberia.

Do utraty tchu

Czasem trzeba wpaść na sto pomysłów, żeby sto pierwszy okazał się genialny.
Czasem trzeba biec do utraty tchu, żeby móc pobiec jeszcze dalej.
Czasem trzeba coś zagrać tysiąc razy, żeby za tysiąc pierwszym razem zagrać bezbłędnie. A czasem ma się problem z uzyskaniem dobrego, mocnego, pełnego brzmienia.
-Za dużo powietrza w tym twoim graniu – powiedział mój Nauczyciel i niestety słyszałam, że ma rację. Podnosiłam trochę smyczek przy zmianach pozycji, albo zmianie kierunku smyczkowania, przez co następny dźwięk miał inną barwę i odzywał się ciszej.
Ćwiczyłam i ćwiczyłam, i rozpacz mnie ogarniała, bo ciągle było nie tak. Niedobrze. Brzydko. Miałam już dość, bolały mnie palce i bolało mnie ramię, ale się uparłam. Jeszcze raz, jeszcze chwilę, jeszcze pół godziny, mówiłam sobie, zaciskając zęby. Grałam. Aż nagle, ze zmęczenia, ręka po prostu opadła mi na struny. Oparła się całym ciężarem na smyczku. I to było to!
Czasem dopiero zmęczenie powoduje, że odpuszczamy, przestajemy kontrolować i pozwalamy, żeby nasze ciało zaczęło reagować i zachowywać się w sposób naturalny. Ze zmęczenia znikają napięcia i ręka układa się tak, jak powinna. Potem wystarczy to tylko zapamiętać.

Słoń dla wiolonczelistki

Na początku nauki kupowałam wszystko, co ma związek z wiolonczelą, jak leci, nawet breloczek do kluczy. Chciałam się też uczyć jak najszybciej, najlepiej tak, żeby już za rok grać przynajmniej fragment koncertu Vivaldiego. Dlatego uważałam, że przyda mi się każde urządzenie, które w zamyśle ma przyspieszać i ułatwiać naukę.

Jednym z takich “wspomagaczy” jest coś, co nazywa się “elephant cello”, czyli „słonik wiolonczelowy”. Nakłada się go na smyczek, w zamyśle po to, żeby poprawić ustawienie palców i dłoni.

Czy rzeczywiście pomaga?

Żeby go nałożyć, trzeba rozłożyć smyczek. Żeby go potem zdjąć, oczywiście również.

Nie chciałam grać ze słoniem cały czas, a bardzo szybko przestało mi się chcieć rozkręcać smyczek, dokonałam więc operacji i rozcięłam biedakowi brzuch:

Mogłam go już nakładać, kiedy chciałam, ale chciałam coraz rzadziej, bo słonik radykalnie zmienia punkt ciężkości smyczka – przesuwa go w kierunku żabki.

położenie środka ciężkości smyczka bez słonia
i ze słoniem

Palce na słoniku układają się może poprawnie, ale dłoń i nadgarstek nie, gra się też inaczej, bo inaczej obciążony jest smyczek i ręka. Granie ze słoniem nie przekłada się na lepsze granie bez słonia.

Trudno mi się jednak było rozstać z zabawką, więc wetknęłam w nią ołówek i trzymałam w ręku w czasie czytania albo oglądania czegoś, zapamiętując ułożenie palców
Potem przez jakiś czas nosiłam ją w kieszeni, już bez ołówka, żeby ręka układała się tak, jak na smyczku.
Czy więc słoń potrzebny jest wiolonczeliście?

Na pewno nie, chyba że ktoś lubi mieć nieco złudne uczucie, że cały czas się uczy i ćwiczy.

Ale tak poza tym to jest całkiem ładny, prawda?